W dolinie Zwiewnych Wzgórz, gdzie liście szumią tak miękko, jakby ktoś szeptał kołysankę, a wiatr pachniał poranną rosą, mieszkał sobie mały, okrąglutki Makka Pakka. Każdego ranka budził go dźwięk maleńkiego dzwoneczka wiszącego nad wejściem do jego jaskinki. Rozlegał się on zawsze wtedy, gdy pierwsze promienie słońca dotykały skały, a Makka Pakka przeciągał się, ziewał i wymawiał swoje charakterystyczne:
„Makka Pakka akka wakka mikka makka moo!”
Jego dom był niewielki, ale bardzo przytulny. Na półkach leżały kamyczki — gładkie, szare, białe, czasem błyszczące — posegregowane według wielkości i kształtu. Tylko Makka Pakka wiedział, skąd każdy z nich pochodził i dlaczego jest ważny.
Pewnego ranka Makka Pakka zauważył coś niezwykłego. Tuż przy wejściu do jego domu leżał kamyk, którego nigdy wcześniej nie widział. Nie był zwykły — miał delikatny, niebieskawy blask, a kiedy Makka Pakka dotknął go palcem, wydał z siebie miękki dźwięk, jakby śpiewał.
— Ooo! Makka Pakka! — zawołał zachwycony.
Wiedział, że musi zbadać, skąd ten kamyk się wziął. Dlatego zabrał swój mały wózeczek Og Pog, na którym woził gąbeczki, szczotki i inne narzędzia do czyszczenia. Położył tajemniczy kamień na miękkim liściu i ruszył w drogę.
Na pierwszej polanie spotkał Iggle Piggle’a, który tańczył wśród dmuchawców, trzymając swoją niebieską kołderkę.
— Hało! Makka Pakka! — zawołał Iggle Piggle.
Makka Pakka pokazał mu kamyk. Iggle Piggle dotknął go palcem, a wtedy kamyk zaśpiewał jeszcze głośniej. Iggle Piggle aż podskoczył zaskoczony, a jego kołderka zawirowała na wietrze.
— Ooo! — zaśmiał się. — To chyba kamień z Echa Doliny! Mówią, że tam rosną śpiewające kamienie!
Makka Pakka wiedział, że musi tam iść. Pożegnał się więc z przyjacielem i ruszył dalej.
Echa Dolina była miejscem, o którym Makka Pakka słyszał wiele historii, ale nigdy tam nie dotarł. Ścieżka prowadziła przez las wysokich paproci, które szeleściły jak skrzydła motyli. Słońce prześwitywało przez nie, tworząc błyszczące plamki światła.
Kiedy Makka Pakka wreszcie dotarł do doliny, poczuł, że powietrze wibruje lekkim drżeniem. Z każdej strony dochodziły delikatne tony, jakby ziemia sama nuciła melodię.
W centrum doliny znajdował się duży kamień — większy niż wszystkie, jakie Makka Pakka widział w życiu. A wokół niego rozsypane były mniejsze kamyki, jasne i migoczące.
Gdy Makka Pakka wyjął swój niebieskawy kamyk z liścia, wszystkie inne kamienie w dolinie zaczęły świecić mocniej. A duży kamień pośrodku wydał niski, głęboki ton.
Wyglądało to tak, jakby dolina go wzywała.
Makka Pakka podszedł bliżej, powoli, z szacunkiem. Położył kamyk na szczycie dużej skały. I wtedy stało się coś niezwykłego.
Wszystkie kamienie zaśpiewały jednocześnie — pieśń była tak piękna, że Makka Pakka usiadł na ziemi, zachwycony. Melodia opowiadała historię: o kamieniach, które gromadziły wspomnienia i chroniły pokój w całej krainie. O ich roli jako strażników harmonii. A tajemniczy kamyk, który znalazł Makka Pakka, był brakującą częścią melodii, bez której pieśń nie była pełna.
Gdy pieśń dobiegła końca, duży kamień zaszumiał i przed Makka Pakka pojawił się nowy, gładki, jasny kamyczek — tym razem w kształcie małego serca. Nie świecił, nie śpiewał, ale był ciepły.
Makka Pakka zrozumiał, że to prezent — dowód wdzięczności za to, że odnalazł zagubiony kamień i zwrócił go dolinie.
Włożył serduszkowy kamyk do swojego wózeczka, podziękował dolinie i ruszył w drogę powrotną.
Kiedy wrócił do swojej jaskini, ustawił nowy kamyk na środku półki. Nie świecił, ale sprawiał, że w domu było jakoś jaśniej i bardziej przytulnie. Makka Pakka spojrzał na niego i poczuł, że ma coś wyjątkowego — nie tylko kamień, ale wspomnienie przygody, które zostanie z nim już na zawsze.
A potem, jak zawsze przed snem, wyszeptał:
„Makka Pakka akka wakka mikka makka moo…”
I zasnął spokojnie, otulony cichym śpiewem kamieni.
W Nocylandii panował spokojny poranek. Mgiełka unosiła się nisko nad ziemią, a Makapaka właśnie polerował swoje kamyczki, mrucząc pod nosem:
— Og pog pog… Makapaka… — obracając w łapkach szczególnie błyszczący kamień.
Nagle ciszę przerwało głośne „DZYŃ-DZYŃ-DZYŃ!”, które odbiło się echem po całej dolinie.
Makapaka podskoczył tak wysoko, że aż przewrócił swój stosik kamieni.
— Oooog pog?! — zawołał zaskoczony. — Kto hałasuje w mojej dolince?
Z plecakiem pełnym gąbek i kamyczków ruszył w stronę źródła dźwięku. Im dalej szedł, tym dźwięk stawał się dziwniejszy — jakby ktoś płakał, śpiewał i dzwonił jednocześnie.
Pierwsza na jego drodze pojawiła się Upsy Daisy, która próbowała ćwiczyć taniec, ale kręciła się zmartwiona.
— Upsy Daisy! — zawołał Makapaka. — Co tu robisz?
Upsy Daisy westchnęła:
— Makapako, słyszałeś ten dziwny dzwonko–płacz? Próbuję tańczyć, ale przez ten hałas nie mogę znaleźć rytmu!
— Og pog… — mruknął Makapaka, co w jego języku oznaczało: „Zbadam to!”.
— Uważaj na siebie! — dodała Upsy Daisy, wirując w miejscu.
Makapaka ruszył dalej i natknął się na Tomblibusie, którzy biegali w kółko, zakrywając uszy.
— Pom-pom! — krzyknął jeden.
— Pib-pib! — zawołał drugi.
— Bom-bom! — dodał trzeci.
Makapaka wyciągnął gąbkę jak do ratowania sytuacji.
— Spokojnie, Makapaka zaradzi! — powiedział dumnie.
Tomblibusie próbowali mu opisywać dźwięk, każdy inaczej, aż Makapaka nic już nie rozumiał.
— Og pog! — zakończył, czyli: „Idę sprawdzić sam”.
W końcu dotarł do Echo Doliny — miejsca, gdzie zwykle panował absolutny spokój. Ale dziś…
— DZYŃ… łuuu… DZYŃ… łaaa… — brzmiało w powietrzu.
Makapaka rozejrzał się i zauważył, że na wielkim kamieniu siedzi… Ha-Hu! Mała, lekko nieśmiała istotka z dzwonkiem na ogonie.
— Ha-Hu? — zapytał delikatnie Makapaka.
Stworzonko spojrzało na niego dużymi oczami i zapiszczało:
— Huuu… Zgubiłam swoją rodzinę! Dzyń-dzyń to mój nawoływacz, ale echo mnie przeraża!
Makapaka zrobił wielkie oczy.
— Og pog pog! — czyli: „Nie martw się, pomogę!”.
— Najpierw musimy uspokoić echo — powiedział Makapaka, choć w rzeczywistości nie miał pojęcia jak.
Ale Makapaka był mistrzem w porządkowaniu kamieni. A echa… to przecież dźwięki odbijające się od kamieni. Więc wpadł na pomysł!
— Ha-Hu, dzwonisz w tym samym miejscu. Echo cię straszy, bo wraca z każdej strony. Przenieś dzwonek tu — wskazał miękką trawę. — Echo nie będzie takie głośne.
Ha-Hu dzwoniła ostrożnie:
— Dzyń… dzyń…
Echo było dużo cichsze.
— Huu! — ucieszyła się. — Mogę teraz wołać! Ale… czy pomożesz znaleźć moją rodzinę?
Makapaka kiwnął z entuzjazmem.
— Og pog! — oczywiście!
Makapaka stanął na dużym głazie i zawołał donośnie:
— Maaakaaapakaaa! Og pog!
Ha-Hu zadzwoniła delikatnie:
— Dzyń… Huuu…
Gdy już chcieli się poddać, w oddali rozległo się:
— Huu-huuuu! — wesoły okrzyk trzech innych Ha-Hu.
Małe stworzonka podbiegły i przytuliły zgubioną Ha-Hu. Ta aż zadzwoniła ze szczęścia.
— Huuu, Makapako! Dziękujemy! — zapiszczały wszystkie.
Makapaka zarumienił się, klepiąc swój ukochany kamień.
— Og pog pog… — mruknął skromnie.
Gdy wrócił do przyjaciół, Upsy Daisy zatańczyła specjalny „taniec radości”, Tomblibusie zrobiły hałaśliwą rundkę, a Makapaka… odłożył nowy, wyjątkowy kamyk, który dostał od Ha-Hu, na sam szczyt swojej kolekcji.
— Og pog! — powiedział dumnie. — „Dzisiaj był dobry dzień.”
I w Nocylandii znów zapanował spokój — taki, jaki Makapaka lubi najbardziej.